KOD niech łączy, nie dzieli

To było jak urwanie chmury. Jak eksplozja. Jak nagła i niespodziewana miłość. Jak grom z jasnego nieba. Wydarzyło się w listopadzie 2015.

19 listopada założyłem grupę Komitet Obrony Demokracji na Facebooku. 23 listopada rano było nas tam już ponad 32 tysiące. Czy ktokolwiek osobiście może sobie przypisać zasługi? Nie sadzę. Emocje społeczne były przygotowane przez PiS. Pomysł rzucił Krzysztof Łoziński. Ja go uruchomiłem. Ale przecież Wy wszyscy, KODerki i KODerzy przyszliście z własnej woli i z własnej potrzeby.

23 listopada, w poniedziałek odbyło się pierwsze spotkanie w realu. Około 10 osób – najaktywniejszych na Facebooku i najbardziej chcących zbudować coś trwałego – spotkało się przy Nowym Świecie. Ustaliliśmy wtedy plan działania na najbliższe dni. Okazało się, że w tym samym gronie nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Ale wtedy położyliśmy podstawy pod późniejszą formę organizacyjną KOD-u i pod najbliższe działania ruchu.

Spotkaliśmy się w gronie zupełnie nowych osób. Nikt nikogo wcześniej nie znał. A obdarzyliśmy się ogromnym zaufaniem od razu. Czy mieliśmy do tego wszyscy wystarczające podstawy?

Żeby się lepiej poznać, każdy miał opowiedzieć o sobie. A żeby się zabezpieczyć przed atakami i prowokacjami służb specjalnych na przyszłość, żeby móc się wzajemnie bronić, każdy miał opowiedzieć, co można mu publicznie zarzucić, co ma na sumieniu, co kładzie się cieniem na jego przeszłości.

Opowiedziałem szczerze, jak na spowiedzi, o wszystkim. Dokładnie miesiąc później jeden ze szmatławców ogłosił, że mam zaległości alimentacyjne. Nie podejrzewam, żeby ktoś z uczestników spotkania miał w tym swój udział. Ale tłumaczyłem się sam. Nie miałem wsparcia ze strony współpracowników. Tylko śp. Beata Kolis, której wtedy nie było, pomogła mi sformułować komunikat.

A dzisiaj niektórzy, co wtedy uczestniczyli, mówią, że dowiedzieli się o moich problemach z mediów. Że nic wcześniej nie wiedzieli. I że gdyby wiedzieli, to... I że lider musi być jak żona Cezara.

Zaufanie. Czy można obdarzyć nim w ciemno? Czy warto? Gdybyśmy wtedy sobie nie zaufali, KOD by nie ruszył z miejsca. Nie byłoby kolejnych wspaniałych wydarzeń, nie byłoby przebudzenia wielu z nas i aktywności powszechnej. Żebyśmy tylko umieli sobie przypomnieć ówczesną sytuacje i atmosferę i do niej się dzisiaj odwoływać, a nie patrzeć na przeszłość z perspektywy teraźniejszości.

Jest prawda czasu i prawda ekranu mówił reżyser w filmie „Miś”. Czy to, co na ekranie, zawsze jest prawdą? Czy da się zbudować coś znaczącego w przestrzeni publicznej bez zaufania? A jak zbudować zaufanie wśród ludzi, którzy nigdy wcześniej się nie znali, nic razem nie zrobili?

Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. Prawie osiemnaście miesięcy wspólnej pracy pozwoliło zrozumieć kto jest kim. Z kim można coś zbudować a z kim jest trudno. Kto pracuje dla wspólnego dobra a kto niekoniecznie. Kto buduje porozumienie a kto jątrzy. Kto łączy a kto dzieli.

Relacje, które powstały między nami przez te półtora roku, dają nadzieję. Znamy się jak łyse konie. I na tym można budować. Już nie dopiero powstające więzy organizacyjne, ale prawdziwe więzi międzyludzkie działają. I niech tak pozostanie. Niech KOD będzie ruchem spontanicznym, opartym na zaufaniu ludzi, którzy wiele ze sobą przeszli, sprawdzili się w wielu sytuacjach, ufają sobie i wiedzą, że to zaufanie nie zostanie zawiedzione.

Niech KOD łączy, nie dzieli.
Trwa ładowanie komentarzy...