Polowanie z nagonką

http://huntinczech.webnode.cz/hunting/
Nie nie, nie żalę się. Chcącemu nie dzieje się krzywda. Wiem, dokąd wszedłem, dlaczego i po co. Chciałbym się jednak podzielić pewną refleksją.

Niecały rok temu, bez specjalnego przygotowania, wszedłem w świat polityki. Zaczęło się od telefonu Grzegorza Schetyny, który odebrałem w wannie. Dwie godziny później musiałem wydać oświadczenie, bo media komentowały wypowiedź kandydata na Przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, w którym wspomniał o KOD-zie i o naszej rozmowie. Od tamtej pory przeżyłem wiele.



Agresywne pytania i absurdalne tezy niektórych dziennikarzy, pozwalające wyjaśnić to, co najważniejsze. Nadzwyczaj sympatyczne i niemal uniżone rozmowy, po których powstawały kłamliwe lub manipulujące materiały. Niejaki red. Pobudzin, kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy na ulicy, przywitał mnie słowami „w telewizorze wygląda Pan na większego”. Zapewne chciał mi poprawić nastrój ;-) Państwo z wSieci poprosili o kilka specjalnych zdjęć, które potem używane były w licznych memach mających mnie zdyskredytować czy ośmieszyć. Pewien redaktor, który uparł się, że nie da mi dokończyć żadnej myśli, napisze na tej podstawie własny wywiad i przedstawi mi go do autoryzacji... Autoryzacja trwała pięciokrotnie dłużej, niż sam wywiad i o drugiej w nocy tłumaczył mi, że on jest mądrzejszy, a jak nie chcę, to on opublikuje i tak z informacją, że nie było autoryzacji.

W tych relacjach wiemy, z kim rozmawiamy. Wiemy, kto co mówi. W dzisiejszym świecie mediów społecznościowych, w których więcej jest twórców niż odbiorców, sytuacja jest bardziej złożona. Nie tylko dlatego, że nawet najsłabiej przygotowani dziennikarze mediów bardziej tradycyjnych są znacznie lepiej przygotowani do zawodu, niż większość publikujących „społecznie”. A kryterium popularności nie jest jakość ich produkcji, ocena przełożonego czy jakiegoś kolegium redakcyjnego. Tutaj liczy się, czy uda się zachęcić wielu do przeczytania, kliknięcia, puszczenia dalej. Największy absurd, kiedy jest atrakcyjny graficznie czy intrygujący w swojej przewrotności, może stać się „prawdą”. Bo trafił w czyjeś gusta czy oczekiwania. A czasem frustracje czy obsesje. Jako aktywny przez jakiś czas bloger wiem, że nie tylko treść publikacji ma znaczenie, ale i sposób docierania z nią do odbiorców. Jako informatyk rozumiem, jak działają algorytmy wspierające nadawanie ważności publikacjom. Jako człowiek rozumiem, że popularność niekoniecznie ma związek z prawdą, słusznością czy rzetelnością.

„Mam nadzieję, że za dwa lata będziemy mogli pójść z narodowcami w jednym marszu” przy odrobinie złej woli można zamienić na - „za dwa lata pójdziemy z nacjonalistami”. A może nie trzeba złej woli? Może wystarczy słaba znajomość języka? Brak profesjonalizmu?

Trzeba strasznie uważać, nie mówić nic, co dałoby się zmanipulować, pilnować się, ważyć każde słowo. Trzeba natychmiast wydać oświadczenie w celu wyjaśnienia albo żądać sprostowania. Trzeba...

A może nie trzeba? Może nie trzeba się włączać w ten pęd? Może zamiast szukać sensacji warto trzymać się sensu? Czy trzeba uciekać przed nagonką, skoro wtedy się natychmiast wpada na linię strzału? Bez nerw. Spokojnie. Szczekają? To nie jest groźne. Groźnie jest, kiedy zaczniemy się bać szczekania. Albo zabiegać, żeby go nie było. To z góry skazane na niepowodzenie. Można tylko dać kolejne preteksty (bo powodów zazwyczaj nie ma) do szczekania. I wpaść w nadmierną nerwowość. Warto?
Trwa ładowanie komentarzy...